Dr Małgorzata Bogaczyk-Vormayr- Realność depresji

Dr Małgorzata Bogaczyk-Vormayr- Realność depresji

Dr Małgorzata Bogaczyk-Vormayr

Realność depresji

„Choroba jest nocną półkulą życia, naszym bardziej uciążliwym obywatelstwem. Od dnia narodzin każdy z nas posiada bowiem jakby dwa paszporty – przynależy zarówno do świata zdrowych, jak i do świata chorych” – pisała Susan Sontag w słynnym eseju Choroba jako metafora (tamże, tłum. J. Anders, Warszawa 1999, 7). I w rzeczy samej, potraktowawszy te słowa jako literacką ilustrację, popełnilibyśmy błąd. Sontag opowiedziała tam historię metaforyzowania chorób, przypisywania im związku z pewnymi cechami charakteru i rzekomymi predyspozycjami kulturowymi, społecznymi. I tak, przykładowo, melancholia gruźlika, jakiegoś poety czy kompozytora, stanowiła pewien element wystroju eleganckiego salonu Romantyków, w którym skądinąd ludziom brakowało wiedzy o przebiegu gruźlicy, współczucia dla chorego, gotowości do opieki, pielęgnacji jego wyczerpanego ciała.

Zdaje się, że metaforyzacja żadnej innej choroby nie przychodzi społeczeństwom z większą łatwości niż właśnie metaforyzacja tzw. melancholii – chronicznego smutku, depresji. Ambiwalencja stosunku wobec depresji wyraża się w tym romantycznym, estetyzującym przepracowaniu – wpisaniu jej przez Nowożytność na listę atrybutów obok nadwrażliwości i kreatywności – oraz jej rzekomym ponowożytnym zracjonalizowaniu, odczarowaniu – kiedy ta przysłowiowa apatia, niezdolność do samodzielnego życia, do pracy zarobkowej, obciążające otoczenie stany lękowe itd. zyskują diagnozę „braku charakteru”, „braku zdolności”, „braku ducha”, wreszcie: „humorów”, „lenistwa”, „pasożytnictwa”. Za każdym razem „ludzie depresyjni” byli uważani za mało ceniących swe życie, zatem i niewystarczająco go godnych.

Współcześnie metafora złego/słabego charakteru powtarzana jest w przekonaniu o pewnej winie społecznej, jaką ponoszą ludzie przez wiele lat borykający się z chorobą. Wina – to kluczowe słowo w społecznym odbiorze depresji. Wszak w Średniowieczu smutek, łacińska acedia, stanowił jeden z grzechów głównych a ascetyczne techniki oznaczały de facto potęgę siły, samopotwierdzenie – panowanie nad witalnością ciała (a nie jej brak). Ta historia metaforyzacji depresji i stygmatyzacji osób na nią cierpiących jest bowiem historią powtórzeń, a sama metaforyzacja opiera się przecież na niewiedzy. Powtarzany jest właśnie stygmat grzechu – winy. A tu wystarczyłoby sięgnąć na przykład do wczesnego, monastycznego chrześcijaństwa, aby zobaczyć jak świadectwo swej walki z akedią – owym nieprzemijającym smutkiem, egzystencjalnym wyczerpaniem, dawali Ojcowie Pustyni. Utrata wiary i powołania okazuje się być kondycyjnie ludzka – tracę wiarę w siebie, w dokonane rozstrzygnięcia, życiowe wybory, jestem zagubiony i chcę się poddać. To doświadczenie akedii opisał w IV w. n.e. Ewagriusz Pontyjski, natomiast współczesny psychiatra, Daniel Hell opracował metodę terapii opartą na świadectwie Ewagriusza. Tak uzasadnia ten wybór: „W swych pismach Ewagriusz definiuje akedię jako ‘uśpienie duszy’ (…) W ten sposób wyraża on podstawowy element akedii, podobnie jak dzisiejsza psychiatria rozumie podstawowy przejaw depresji: jako utratę siły oddziaływania lub atonię. Zarówno dla stanu akedii, jak i dla współcześnie rozumianej depresji charakterystyczna jest utrata witalności oraz bogactwa doznań. Także dzisiaj mamy do czynienia z problemami odpowiadającymi specyficznemu znaczeniu akedii – są to ‘wyczerpanie’, ‘chroniczne zmęczenie’, ‘burnout’” (Die Sprache der Seele verstehen. Die Wüstenväter als Therapeuten, Freiburg 2002, 117, tłum. własne).
Ewagriusz opisał akedię jako doświadczenie całkowitego zwątpienia i wyczerpania – i podobnie opisał depresję Zygmunt Freud, a jego wysiłek służył m.in. społecznemu zrozumieniu depresji. W swej praktyce medycznej Freud doświadczył tego, jak depresja nieleczona (bo przez otoczenie traktowana nie jak choroba, lecz „przykra cecha charakteru”) przybiera najostrzejsze stany kliniczne. Chory na depresję, jak go sportretował Freud, jest – powiedziałabym – „ateistą”: nie wierzy w żadne możliwości, niewiara jest jego byciem. W rozprawie Żałoba i melancholia Freud daje wstrząsający opis regresu podmiotu w stanie pogłębiającej się melancholii – im więcej tej choroby, tym mniej Ja. Nieakceptowana społecznie i metaforyzowana choroba to w rzeczywistości konkretni chorzy ludzie, który nie otrzymują niezbędnej pomocy. W ostateczności regres podmiotowości i wiary w siebie prowadzą chorego do uprzedmiotowienia samego siebie – chory na tym etapie depresji postrzega siebie jako martwą rzecz, którą można unicestwić. Nie mógłby natomiast, powiada Freud, zabić siebie jako osoby – a czułby się nadal osobą ludzką, gdyby otrzymał społeczną akceptację.

Stygmatyzacja choroby a następnie wykluczanie społeczne chorych zaczyna się właśnie od takich metafor. A depresja nie jest metaforą, lecz jest samą realnością, jest bólem odczuwanym, choć często niewskazanym, jeszcze nierozpoznanym, niestematyzowanym. Choroba, słabość, brak, ułomność – to element ludzkiej kondycji. Choroba depresji jest takim „obywatelstwem”, do którego człowiek zdrowy nie chce się przyznać, którego nie akceptuje w przedrefleksyjnej reakcji – i to jest zrozumiałe, ale gdy odrzuca je jako istotowo obce, dla niego niemożliwe, gdy ocenia je w kategoriach „braku charakteru”, „braku woli mocy”, działa metaforyzująco – i tym samym okrutnie.


dr Małgorzata Bogaczyk-Vormayr – adiunkt w Zakładzie Etyki Instytutu Filozofii UAM

Zobacz: strona pracownika

Komentarz w ramach cyklu z okazji Europejskiego Dnia Walki z Depresją

Comments are closed.